Choinka

choinka

O ile nie lubię obecnie świąt, to ciągle lubię choinkę. To chyba jedyna rzecz, która jeszcze przypomina mi o magii świąt. Te wszystkie lampki, bombki i łańcuchy, powodują, że mimowolnie się uśmiecham. Pamiętam, że jako dziecko uwielbiałem ubieranie choinki. To był cały rodzinny rytuał, który trwał całkiem długo. Najpierw trzeba było odnaleźć wszystkie pudła z bombkami, które w naszych niewielkich mieszkaniach, poupychane były w większość na szafach, pawlaczach czy w skrzyniach kanap. Potem następował wybór choinki. O ile z czasem przestawiliśmy się na sztuczną, to w pierwszej fazie było to zawsze drzewko naturalne. Polowanie na drzewko też było ciekawym wydarzeniem, a zapach, który roznosił się po domu był wspaniały. Tak pachniały święta.

choinka

Jednym z najbardziej diabolicznych wynalazków na choince były zawsze anielskie włosy. Plątało się to cholerstwo straszliwie, ale drzewko obowiązkowo musiało być obwieszone tym czymś. W niektórych domach wisiało tego tyle, że nie widać było zza zasłony bombek, a i lampki jedynie słabo przeświecały przez gęstwinę. Miało to swój urok, ale nie wyobrażam sobie, jak wyglądało zdejmowanie tego wszystkiego z kolczastej choinki. Już samo wyplątanie łańcuchów było problematyczne, a przecież anielskie włosie czepiało się jej bardziej.

Uwielbiałem też wieszanie lampek. Co prawda, co roku były one tak poplątane, że pierwsze pół godziny spędzało się klnąc pod nosem, próbują znaleźć początek kabelka. Potem już tylko sprawdzanie czy działają oraz wymiana żarówek. Zwykle następowało to metodą prób i błędów. Dzisiaj po prostu kupuje się kolejne lampki za 10 zł, a kiedyś walczyło się o każdą żarówkę. Można powiedzieć, że konsumpcjonizm zabił trochę magii.

Zobacz również

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *