Katar

katar

Za oknem piękna pogoda. Trzydzieści stopni w cieniu, pełne słońce i pełnia lata. Tymczasem nie mogę rozkoszować się jej urokami, bo umieram. Jak każdy prawdziwy mężczyzna umieram na katar. Nie ma znaczenia, że jest to choroba dość lekka, która przy leczeniu mija w ciągu tygodnia, a nieleczona po siedmiu dniach. Umieram na katar, bo tak właśnie trzeba będąc mężczyzną. Można ręką łamać sztaby, ale katar to coś, co trzeba traktować poważnie. Najlepiej przy pierwszych objawach, zanim lekka gorączka, kaszel i smarkanie, spowodują niedowład mięśni, spisać testament. Należy też obdzwonić rodzinę i znajomych i przygotować ich na nieodwracalne.

katar

Oczywiście srodze sobie tutaj żartuję, prezentując czarny humor rodem z horroru, ale prawda jest taka, że katar w upale potrafi wykończyć nawet najsilniejszą jednostkę. Nie zmienia to faktu, że mimo umierania chodzę do pracy, czym skutecznie przyczyniam się do obniżania produktywności w firmie. Wszystko dlatego, że nie stać mnie, a także wielu moich kolegów i koleżanek, na branie zwolnienia lekarskiego. Otrzymanie wypłaty pomniejszonej o 20 proc. za dni, które przeleżało się w łóżku, okazuje się rzeczą nie do przeskoczenia przy napiętych domowych budżetach.

Trudno się zatem dziwić, że na korytarzach firmowych można spotkać kaszlących i smarkających ludzi, którym samochodowa lub firmowa klimatyzacja do spółki z upałem zafundowały przeziębienie. Wirusy grasują, mutują i atakują kolejne osoby. A wszystko dlatego, że nie możemy wyleżeć choroby w domu, bo jeśli to zrobimy, to braknie nam na rachunek za prąd, wodę lub czynsz. To jest najczęstszy argument, który słyszy się od kaszlących kolegów z pracy. Może pora zmienić prawo?

Zobacz również

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *