Kościelec

Kościelec

Postanowiłem wybrać się ponownie w góry. Dawno mnie tam nie było, a i moja kondycja ostatnimi czasy mocno podupadła. Wiedziałem zatem, że będzie słabo, ale nie sądziłem, że aż tak. Na swój pierwszy cel, wybrałem sobie Kościelec. Owszem, dość ambitnie, ale bywało, że po kilkumiesięcznej nieobecności w górach szedłem od razu na Krzyżne czy Kozi Wierch. Zatem nie spodziewałem się, że Kościelec przysporzy mi specjalnych kłopotów. Rozpocząłem wyprawę w Kuźnicach i wybrałem się żółtym szlakiem przez Dolinę Jaworzynki. Było świeżo po ostatnich deszczach, więc jeszcze widoczne były ślady wysokiej wody, ale szlak był już w przyzwoitym stanie.

Kościelec

Szedłem powoli do góry, starając się wyrównać chrapliwy oddech i zastanawiając się, gdzie do diaska podziała się moja kondycja. Prawdopodobnie znalazła się tam, gdzie wszystkie zjedzone wcześniej przekąski, hamburgery, pizze i inne niezdrowe produkty spożywcze. Gdy dotarłem do Hali Gąsienicowej i zobaczyłem kryjący się trochę za chmurami szczyt Kościelca trochę w siebie zwątpiłem. Jednak do odważnych świat należy i poszedłem raźno pod Czarny Staw Gąsienicowy i stamtąd na Karb. Ta wspinaczka dała mi nieźle w kość. Na tyle, że zrezygnowałem ze wspinaczki na szczyt Kościelca. Kolejne 300 metrów w górę mogło okazać się zabójcze dla moich nóg.

Dlatego zszedłem sobie spokojnie nad Zielony Staw Gąsienicowy i skierowałem się do Murowańca. Tam, jak zawsze, był straszliwy tłok, więc udałem się w dalszą drogę na dół. Choć moja wycieczka nie osiągnęła wszystkich zamierzonych celów, to i tak byłem zadowolony. Tatry mają swoją magię bez względu na to czy idzie się w dolinki, czy sięga szczytów.

Zobacz również

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *