Przejście grozy

Przejście dla pieszych

Wybrałem się ostatnio do jednego z krajów skandynawskich. To było takie połączenie wyjazdu służbowego z prywatą, a więc w sumie dużo pozytywnych emocji. Przy tejże wycieczce, miałem okazję zaobserwować zjawisko, które kazało mi wątpić w prawdziwość moich zmysłów. Przez te kilka dni czułem się jak przybysz z dzikich ostępów, gdzie cywilizacja dociera rzadko i po nieśmiałym podniesieniu głowy, dostaje w nią potężną maczugą. Tak mocno, że potem nie jest się w stanie podnieść i leży w kałuży krwi, wstrząsana drgawkami przedśmiertelnymi. Całą tę gamę uczuć zafundowały mi przejścia dla pieszych.

Przejście dla pieszych

Zaczęło się od tego, że musiałem przejść przez jezdnię na ulicy, gdzie nie było sygnalizacji świetlnej. Nauczony rodzimymi doświadczeniami byłem niezwykle czujny i rozejrzałem się szesnaście razy czy aby zza najbliższego zakrętu nie wypadnie jakiś szaleniec testujący możliwości silnika w terenie zabudowanym. Ponieważ do przejścia zbliżały się samochody, ustawiłem się grzecznie przy krawędzi jezdni, choć nie za blisko, bo wiadomo, że różnie być może. Ku memu zdumieniu samochody zatrzymały się. I to z obu stron, a uśmiechnięci kierowcy poczekali aż przetuptam na drugą stronę jezdni. Nikt nie trąbił, nikt nie wygrażał pięściami, nikt też nie wjechał nikomu w bagażnik. Wszystko odbyło się płynnie i sprawnie.

Wiem, że ta historia rzadko ma miejsce w naszym pięknym kraju, gdzie ograniczenia prędkości przestrzegają tylko wariaci, a przejścia dla pieszych to kawałek autostrady lub przeszkoda terenowa o nikłym znaczeniu strategicznym. I dlatego było mi bardzo ciężko wrócić do Polski, gdzie już na lotnisku prawie rozjechał mnie jakiś szaleniec, dodatkową trąbiąc i pokazując mi obraźliwy gest w lusterku.

Zobacz również

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *