Targi książki

Książki

Co roku wybieram się na targi książki. I co roku jestem zdumiony liczbą odwiedzających je ludzi. Wydawać by się mogło, że w czasach, gdy podobno nastąpił upadek czytelnictwa, niemożliwe jest zrobienie tak dużej imprezy. Czytam o kolejkach do pisarzy, o wspaniałych spotkaniach i korzystam z okazyjnych cen książek. Po czym spocony, umordowany wracam do domu i przeglądam łupy. Zwykle jest tego więcej niż planowałem nabyć w pierwszym rzucie, ale też prawie zawsze są to pozycje, które rzeczywiście chciałem przeczytać. Uwielbiam książki, a jesień i zima to najlepszy czas, by zaszyć się z nimi w ciepłym fotelu.

Książki

Jednak przy tej okazji nachodzi mnie pewna refleksja. Targi książki w Krakowie co roku odwiedza 68 tysięcy ludzi. Wydaje się, że to ogromna liczba. Zwłaszcza, gdy patrzy się na zapchane, niedostosowane do liczby odwiedzających parkingi i hale wystawiennicze. Jednak z drugiej strony pojawia się myśl, że to przecież jest koszmarnie mało. 68 tysięcy ludzi w mieście, które liczy sobie 750 tysięcy mieszkańców. To mniej niż jedna dziesiąta populacji miasta. A przecież targi są ogólnopolskie, gdzie mamy ponad 36 milionów mieszkańców. I nagle te 68 tysięcy okazuje się liczbą małą, zwłaszcza, że rozkłada się na cztery dni imprezy.

Jeśli wziąć pod uwagę, że pewna część uczestników targów to zagonione w czwartek i piątek wycieczki szkolne to robi się jeszcze smutniej. Przecież nawet połowa z zabranych tam dzieciaków nie czyta książek. Wolą smartfony i konsole. Nie twierdzę, że jest w tym coś złego, tylko zwracam uwagę na fakt, że nie mamy się specjalnie z czego cieszyć. Ta frekwencja wygląda dobrze na papierze, ale tak naprawdę jest smutnym obrazem naszego ryku czytelniczego.

Zobacz również

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *