Walnąłbym sobie portret

Portret na ścianę poproszę

Strzeliłbym sobie portret. Wiecie, taki w stylu renesansowym. Oprawiłbym go w złocone ramy i powiesił w salonie między plakatem Wiedźmina i Gwiezdnych Wojen. Spoglądałbym z niego groźnie na wszystkich gości i budził należny respekt na dzielni. Oczywiście żartuję. Jednak takie właśnie miałem skojarzenia po tym, jak robiono mi zdjęcia portretowe do intranetu w pracy. Ustawiali mnie chyba z godzinę i naprawdę miałem wrażenie, że pozuję do dzieła godnego Leonarda da Vinci czy Van Gogha. Jeszcze tylko brakowało, żeby mi ucho obcięli.

Portret na ścianę poproszę

Zdaję sobie sprawę, że zrobienie dobrego zdjęcia korporacyjnego, wymaga czasu. Tym bardziej współczuję modelkom i modelom, którzy muszą całym dniami zmagać się z fotografami, przybierać dziwne pozy i na zawołanie stroić miny. Gdy sobie o tym pomyślę, to zaczynam doceniać moją tabelkę w excelu i analizę wysokości słupka sprzedaży gnojówki w odniesieniu do plonów z kwintala pszenicy w Pcimiu. To naprawdę ciężki kawałek chleba zarówno dla modela, jak i dla fotografa, który musi stworzyć taki portret. I o ile moja podobizna w intranecie ma wielkość znaczka pocztowego, o tyle zdjęcie modela potrafi potem wisieć na olbrzymim billboardzie w centrum stolicy. To wielka, nomen omen, odpowiedzialność.

Wracając jeszcze na chwilę do portretów olejnych. Wśród nowobogackich panuje moda, aby zdobić nimi salony kiczowatych rezydencji, gdzie wszystko, od bramy począwszy, na karniszach kończąc, jest obrzydliwe i równie obrzydliwie przepłacone. Zastanawiam się, jak ich dzieci mają być normalne, gdy schodząc na śniadanie mijają kominek o rozmiarach pieca hutniczego, nad którym wisi olbrzymi portret rodowy przywodzący na myśl Iwana Groźnego. Trauma na całe życie murowana.

Zobacz również

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *